tytułem wstępu…
trochę mnie tu nie było i znowu mnie nie bdzie. na kolejne 3 miesiące zamieniam się w uczestniczącego obserwatora politycznych roszad szkotów w walce o separację od macierzy…
ave!
zabawy w przyszłość
no i porobiło się porozumiewawczo, łącznościowo, wspólnie…koalicja to za duże słowo w tej sytuacji, a wyolbrzymianie i ciągłe klepanie, że oto powstała lewicowa alternatywa może, ku zaskoczeniu jej zwolenników, umrzeć przedwcześnie. zlepek sld-sdpl-up-pd pretenduje tylko narazie na twór alternatywny. dlatego lepiej nie popadać w hurra-optymizm, tym bardziej, że są już pierwsze rysy – ryszard bugaj -przewodniczący rady politycznej up oraz trzech innych członków odchodzą z partii bo nie wierzą w połączenie sił dla realizacji ideii lewicowych, a jedynie w wykonanie planu minimum czyli powalczenie o samorządy w jesiennych wyborach. tylko, że to przecież oczywiste. tak samo jak fakt, że cementem zjednoczenia jest krytyczne postrzeganie polityki koalicji rządzącej. to są dość niepewne determinanty i jeśli zawiodą, po wyborach samorządowych owo zjednoczenie będzie już tylko wspomnieniem. dla dwóch partii – up i pd, a przynajmniej dla pd może oznaczać ostateczne zniknięcie ze sceny politycznej. nie są one ani silne, ani na tyle innowacyjne (chociaż pd próbowała taką partią być, jednak klęska w wyborach parlamentarnych sprawiła, że jej liderzy nie znaleźli pomysłu jak przekuć tę porażkę na imperatyw motywujący) aby przyciągnąć niezdecydowany elektorat. dywagując dalej – wczorajsze porozumienie mogłoby wpłynąć kojąco jedynie na sdpl i sld, które na powrót staną się jedną partią. powstałaby naturalna luka między koalicją a lewicą. i może to jest właśnie miejsce i pomysł na pd. przyjmując dodatkowo względną polaryzację sld w stronę centrum, polityczna konkurencja toczyłaby się między tymi dwoma ugrupowaniami.
centrolewica w pl nie ma szczęścia. jest jakieś fatum historyczne, które nie pozwala przeprowadzić nawet sensownej debaty. czy to ma szanse ulec zmianie, jeśli młode pokolenia polaków mają być wychowywane na hist(e)orycznym, sterowanym patriotyzmie?
***
a u naszych południowych sąsiadów, centroprawica po trzech miesiącach nieporozumień tworzy wreszcie rząd. mniejszościowy. scenariusz jakby znany. swoją drogą narastająca tendencja tworzenia prawicowych rządów w byłych krajach komunistycznych jak dotąd w nikłej mierze interesuje publicystów i media. czy potrzebna jest eskalacja wydarzeń, aby zauważyć problem?

zagrywka prawie pokerowa
pierwsza zagraniczna wizyta premiera kaczyńskiego cieszyla się niezwykle duzym zainteresowaniem obserwatorów. wybór brukseli na miejsce, w którym ma się dokonać rozdziewiczenie też nie przypadkowy. to parlament europejski miał sprawić, żeby słowa kaczyńskiego brzmiały wiarygodniej i doniośle. że oto sprostowujemy zamieszanie i łaskawie wyciągamy rękę. a guzik. primo, politologów i zagranicznych dziennikarzy zastanawia na ile słowa premiera są wytrawną zagrywką – mówił to, co barroso i unia chcą usłyszeć, secundo – czy i kiedy swoje deklaracje poprze działaniem.
ale czy lakoniczne stwierdzenie “there were guy politicians in very high political positions” na pytanie o prawa homoseksualistów (cytowane w financial times) czy jak przywołuje le monde “c’est lui le chef du gouvernement, et que tant qu’il occupera cette fonction les droits de l’homme seront respectes” mogą rzeczywiście uspokajać?
prasa zagraniczna ocenia wizytę w brukseli jako zwrot i początek powolnej poprawy – bez entuzjazmu, bez udawania, że uda się zakamuflować zepstuy wizerunek polski – polski postrzeganej jako kraj homofobów, antysemitów i ksenofobów. polski konserwatywnej, katolickiej czy wręcz ultramontanistycznej. ale tym bardziej teraz wypowiedzi kaczyńskiego zobowiązują i jeśli słowa te zostaną bez pokrycia, pewnym jest, że reakcje opinii publicznej jak i polityków unijnych będą oznaczały dla polski powazne sankcje. nie dla pisu czy prezydenta, ale dla kraju. być może nawet dalej idące niż te, które spotkały austrię za wybryki jorga haidera.
i znowu to samo – update
dziwna i trudna sytuacja w jakiej obecnie zbajdują się bilateralne stosunki polsko-niemieckie przypomina bardziej schizofreniczne działania niż partnerskie sąsiedztwo dwóch dużych europejskich krajów.
osobliwość takiego stanu rzeczy tkwi w odmiennych wizjach rzeczywistości międzynarodowej, wprowadzania dychotomii tam gdzie jej być nie powinno-czyli przede wszystkim w dwóch różnych przestrzeniach współpracy. chodzi o to, że o ile polsko-niemieckie relacje w znaczeniu szerszym, tzn. podejmowanie wspólnych działań przez różnego typu organizacje (przede wszystkim ngo), instytucje czy korporacje, mające na celu zaangażowanie społeczności lokalnych po obu stronach odry przynoszą wymierne rezultaty, o tyle na płaszczyźnie stosunków międzynarodowych sensu węższego (szczebel państwowy) o taką współpracę teraz trudno. można zaryzykować stwierdzenie, że kooperacja na linii berlin-warszawa już dawno nie była w takim impasie. w nawiązaniu konstruktywnego dyskursu nie pomagają ciągłe uprzedzenia i pretensje, tym bardziej groźne gdy wywoływane na najwyższych szczeblach administracji państwowej. z sondażu przeprowadzonego przez pbs dga w polsce i institut fur demoskopie allensbach w niemczech wynika, że nadal 40% tak polaków jak i niemców wystawia sobie wzajemnie negatywną ocenę kształtowaną stereotypami. i chociaż organizacje pozarządowe jak i cały trzeci sektor mają dużą autonomię w kreowaniu obustronnych relacji i pogłębianiu współpracy, to niemożliwe jest całkowite odseparowanie ich działań od wpływu i koncepcji polityki zagranicznej państwa. ta z kolei, po zawirowaniach rządowych, upolitycznianiu kwestii kultury i sztuki, nie przedstawia się obiecująco. problem jest poważny, bo jeśli nie poświęca się w expose ani słowa o wspólpracy między berlinem a warszawą, ignorując tym samym poważnego partnera i dużego sąsiada, to przegapia się równocześnie szansę na zlikwidowanie, a przynajmniej złagodzenie napięcia w objętych kryzysem obustronnych relacjach.
dziś determinowane przez wczoraj powoduje, że ciągle na kształt stosunków polsko-niemieckich wpływ wywierają kwestie związane z rozliczaniem przeszłości, a rozdrapywanie ran stało się jednym z głównych punktów programu partii rządzącej. odszkodowania powojenne, problem tożsamości narodowej (który szczególnie dotyka górno i dolnoślązaków), migracje i tendencje nacjonalistyczne – to niezawodne oręże w rękach demagogów i prawicowych populistów. nawet z honorowego obywatelstwa grassa chce się zrobić drugi grunwald, sprawę narodową. tymczasem o tym powinni rozstrzygnąć gdańszczanie na drodze merytorycznie sensownej debaty.
różnica potencjałów obu państw w odmienny sposób implikuje charakter kontaktów bilateralnych. priorytetem na jutro powinno być zatem przełamanie obecnego impasu poprzez ponowne pojednanie na poziomie rządów, elit politycznych czy intelektualnych, bez wciągania ich w pozakulisowe gierki. priorytetem powinno być zwiększenie współpracy międzyresortowej i euroregionalnej, a docelowo wspólna koncepcja rozwoju całego subregionu środkowoeuropejskiego. tylko jak o tym myśleć, skoro premier niespełna czterdziestomilionowego kraju zachowuje się jak hobbesowski lewiatan, przyjmując wojnę każdego z każdym jako jedynie słuszną strategię.natomiast narzędzia współczesnej demokracji- dialog, porozumienie , konsensus zdają się być jak nowa para butów – w której ani premierowi, ani prezydentowi nie jest wygodnie, nie dlatego że nie potrafią w nich chodzić, ale dlatego że przyzwyczajeni są do poprzedniej, rozczłapanej pary.
i znowu to samo
kaczyński w swej (nie)dyplomacji jest jak rozkapryszony bachor. krzyczy, tupie, wymachuje paluszkiem. zastanawiam się, jaki potężny klaps polityczny musi zostać wymierzony, aby utemperować te niezdrowe odruchy pana premiera.
zachowanie premiera kaczyńskiego, który nie pozostawił suchej nitki na otwartej niedawno w berlinie wystawie “wymuszone drogi” dostarcza argumentów, że polska strona nie jest skłonna do dialogu bo w ogóle nie wykazuje nim zainteresowania. kaczyński skrytykował pomysł, oskarżając organizatorów o próbę (kolejną) fałszowania historii, według której przypisywana niemcom wina za holocaust jest nader wyolbrzymiona. a społeczeństwo karmione prawicowym populizmem powoli przywyka i akceptuje tą niebezpieczną tendencję.
problem w tym, że wystawę, tak głośno krytykowaną przez polskich polityków, a która stała się kolejnym ogniskiem zapalnym w łańcuchu stosunków polsko-niemieckich, nie odwiedził ani jeden z protestujących.
słowa kaczyńskiego:
“życzylibyśmy sobie jak najszybszego zakończenioa tego wszystkiego, co jest związane z panią Eriką Steinbach”
sz określił jako reakcję skandaliczną, a włoska “la republicca” pisze następująco:
“rozpętana przez ekstremizm braci kaczyńskich dyplomatyczna wojna polsko-niemiecka może przynieść polsce duże szkody, doprowadzając w konsekwencji do utrzymywania przez niemcy uprzywilejowanych stosunków z z pragmatyczną rosją putina niż z humorzastą polską”.
kaczyński już dawno udowodnił, że nie przejmuje się prasą. jednak jeśli nic się nie zmieni, udowodni też, że niedługo polską nie będą przejmować się ani w brukseli, ani w berlinie ani w moskwie, a postępująca izolacja kraju przybierze większego rozmachu.
ozon’s dead
“startuj z nami” brzmi w tej sytuacji dość przekornie. link na stronie domowej tygodnika ozon od 27 lipca jest bez znaczenia, bo właśnie tego dnia spółka ozon media ogłosiła upadłość. tygodnik przestanie się ukazywać, bo swoje poparcie finansowe wycofał główny udziałowiec, poseł po- janusz palikot. zaangażowanie, które na początku miało wynieść 4 mln złotych, w rzeczywistości wyniosło około 20. przy kiepskich wynikach sprzedaży, to logiczne i oczywiste posunięcie. przynajmniej dla wersji oficjalnej. w zakamarkach dziennikarskiego półświatka spekuluje się o zmianie redaktora prowadzącego i następstw, jakie ta decyzja wywarła. spekuluje się, że linia tematyczna tygodnika coraz mocniej chyliła się ku katolickiej wizji rzeczywistości, subtelnie rzecz ujmując. w takiej sytuacji spakowanie gratów przez większościowego udziałowca, będącego jednocześnie członkiem partii opozycyjnej przybiera nowy wymiar.
na domowej stronie ozonu nie ma jeszcze żadnej informacji o zaprzestaniu jego wydawania. tylko czy w takiej sytuacji gra na zwłokę ma jeszcze jakiś sens?
nie było ani fascynujące, ani jakby tego chciał kaczyński przełomowe. wygłoszone przez niego dzisiejsze expose wpisywało się w ramy wyznaczonego już stylu braci. dużo ogólnych założeń, agitujących haseł nad wizją i kondycją państwa, a mało konkretów co do programu rządu.
zaskakuje fakt braku precyzyjnego planu dotyczącego współpracy z niemcami oraz rosją, jako najbliższymi sąsiadami, a także strategicznie wciąż ważną w UE francją. zaskakuje tym bardziej, że właśnie po expose oczekuje się deklaracji w tej materii. na dodatek expose było świetną okazją, aby unormować i okiełznać jakoś bałagan zaistniały w polityce międzynarodowej na przestrzeni ostatnich miesięcy. w zamian za to mamy deklaracje o intensyfikacji współpracy z afryką, ameryką łacińską i azją. pomysł niewybredny, niemniej ujęcie go w expose zamiast konkretyzacji wschodniej i zachodniej linii polityki zagranicznej nie wróży przełamania impasu na tym gruncie.
SZ o expose premiera w tej kwestii konkluduje:
“własna partia kaczyńskich zapowiedziała harmonijne tony, ale premier raczej nie olśnił unii. zdecydowanie zaakcentował fakt, że polską politykę zagraniczną determinuje członkostwo z nato i sojusz z usa. w ten sposób przegapił szansę na zlikwidowanie napięcia w zagrożonych kryzysem stosunkach z ue i pozbycie się reputacji eurosceptyka”
katolicko-konserwatywne tendencje pozostają niezagrożone – w expose kaczyńskiego znalazło się miejsce dla wyznaczenia stosunków z kościołem (choć może raczej wyznaczenia parasola ochronnego nad tą instytucją) oraz kilka oględnych stwierdzeń co do polityki pro-rodzinnej, a raczej przypomnienia, że w erpe rodzina to związek kobiety i mężczyzny, a inne nie są i nie będą prawnie akceptowane.
niewątpliwie na uwagę zasługuje fakt umieszczenia w expose postulatów o zwiększenie, a właściwie prób poszukiwania środków na innowacje technologiczne i badania naukowe.
o lapsusach słownych nie warto już wspominać. były, są i będą. taki znaczek firmowy.
mały koniec wielkiej gry
o tym, że najstarszy polski teleturniej (na antenie od 1962 roku) wypada z ramówki, stanisława ryster, prowadząca wielką grę od ponad 30 lat, dowiedziała się z prasy.
zmiany w mediach publicznych nie są niczym nowym przy zawirowaniach na najwyższych szczeblach politycznych. wiadomo – każda nowa ekipa chce mieć wpływ na poczynania telewizji, jako tej instytucji, która kreuje opinię publiczną. wizerunek musi być więc cacy. i od tego są już odpowiedni ludzie.
po tygodniku moralnego niepokoju z wizji dwójki znika teraz wielka gra. o ile w przypadku tmn była to konsekwencja wynikająca zapewne z nieadekwatnej do teraźniejszości satyry politycznej, o tyle wielka gra znika, bo nie ma nadzwyczajnych wyników oglądalności (niewiele ponad 700 tys widzów), a eksperci (nieważne, że wybitni) nie są atrakcyjni medialnie, bo po prostu są z nich stare kapcie.
wielka gra spada z anteny, bo pomimo słów wildsteina, że oglądalność nie będzie jedynym kryterium obecności programów na antenie, nie ma przebojowej wizualnie oprawy. pomimo deklaracji, że w tv oczywiście jest miejsce na teleturnieje, jeśli coś ze sobą niosą. faktycznie, muzyczne duperele i pseudo show-y z podupadającymi postaciami z zaplecza rodzimej rozrywki mają w sobie więcej z wysokiej kultury niż erudycyjne wyścigi umysłu.
kaczyńscy jak magnum
rząd został zaprzysiężony i wydaje się, że w środowym głosowaniu nad votum zaufania nie będzie niespodzianek – nowy gabinet ma starych koalicjantów więc wszystko przebiegnie wedle scenariusza: expose premiera (oby tylko tym razem obyło się bez plagiatu) i formalność w postaci głosowania.
dzisiejsze zapowiedzi co do planów rządu, pozwalają snuć domysły nad zawartością expose. 3 miliony mieszkań, setki kilometrów nowych autostrad, walka z bezrobociem. czyli nic nowego. retoryka braci kaczyńskich ma to do siebie, że trąci ogólnikami, a każde publiczne sprecyzowanie konkretów wydaje się być dla nich traumą. to co niepokoi, to brak konceptu na sensowną politykę zagraniczną i dyplomację. ostatnia wizyta busha w niemczech, ma jasną wymowę – stabilny partner w tej części europy to dla usa oczywistość – za busha seniora był to wałęsa, clinton dogadywał się z havlem bush junior z kwaśniewskim. a kaczyńscy? ich brak skłonności do dyskursu i sensownej debaty zapewne nie pomoże. o ile ignorancję nawoływań opozycjii czy byłych ministrów o rychłą zmiane prowadzenia polityki zagranicznej mogą kaczyńscy tłumaczyć efemerycznością działań tych pierwszych ( a niech sobie krzyczą), o tyle całkowicie niezrozumiały jest brak reakcji na opinie takich osobistości jak zbigniew brzeziński.
siła kaczyńskich jest jak siła magnum . wałęsa dawno podkreślał, że kaczyńscy najpierw coś zburzą, dopiero potem zastanawiają się jak odbudować. ciekawe, kiedy zaczną burzyć konstytucję wprowadzając system prezydencko-kanclerski.
***
afera z tageszeitung przybiera kuriozalne rozmiary. może dlatego tak mnie rozbawiła okładka forum:
